Dziś mija 55 lat od jednej z największych katastrof przemysłowych w historii regionu. W ostatnim tygodniu czerwca 1971 roku w rafinerii ropy naftowej w Czechowicach-Dziedzicach doszło do pożaru, który przez kilka dni niszczył część zakładu. Zaczęło się od uderzenia pioruna w zbiornik z ropą, ale późniejszy przebieg wydarzeń pokazał, że na rozmiar tragedii wpływ miały także zaniedbania techniczne, braki w zabezpieczeniach i chaos w prowadzeniu akcji ratunkowej.
Piorun uderzył w zbiornik z ropą. Tak rozpoczął się dramat w rafinerii
Katastrofa wydarzyła się w rafinerii ropy naftowej w Czechowicach-Dziedzicach, która w tamtym czasie nosiła imię Ludwika Waryńskiego. Był koniec czerwca 1971 roku. Zakład pracował normalnie, trwało przepompowywanie ropy z cystern kolejowych do stałych zbiorników o pojemności około 12 tysięcy metrów sześciennych. Jednocześnie ze zbiornika nr 251 pobierano ropę do produkcji.
26 czerwca około godziny 19.50 w zbiornik 251 uderzył piorun. Zbiornik zapalił się, a jego dach został rozerwany. Ropa wydostała się na tacę otaczającą zbiornik i również stanęła w ogniu. Był to początek pożaru, który w kolejnych godzinach przerodził się w katastrofę.
Do akcji jako pierwsza ruszyła zakładowa straż pożarna działająca przy rafinerii. Wezwano także jednostki z Czechowic-Dziedzic i Bielska-Białej. Przepompowywanie ropy zostało wstrzymane, a cysterny kolejowe ewakuowano z zagrożonego rejonu. O godzinie 21.40 na miejsce przyjechała jednostka wojskowa skierowana do pomocy. Do godziny 1.10 w nocy z 26 na 27 czerwca przy rafinerii działało już 20 sekcji straży zawodowych, resortowych i terenowych.
Najbardziej tragiczny moment nastąpił właśnie o 1.10. Doszło wtedy do wyrzutu płonącej ropy ze zbiornika 251. Chwilę później eksplodował zbiornik 254, a ogień objął również zbiorniki 252 i 253. Płomienie dotarły także do obiektów oddalonych nawet o około ćwierć kilometra, między innymi do magazynu i zajezdni lokomotyw.
W jednej chwili zginęły 33 osoby znajdujące się w pobliżu. Cztery kolejne zmarły później w szpitalach z powodu ciężkich poparzeń. Łącznie katastrofa pochłonęła 37 ofiar śmiertelnych. Dziesiątki osób zostały ranne.
Po eksplozji sytuacja na terenie rafinerii na pewien czas wymknęła się spod kontroli. Część jednostek straży wycofała się z miejsca zagrożenia. Obronę zakładu podjęli pracownicy rafinerii, którzy próbowali ograniczyć rozprzestrzenianie się ognia. Rannych przewożono do szpitali przypadkowymi samochodami. Mimo trwającej od kilku godzin akcji i wcześniejszego zawiadomienia pogotowia, przy zakładzie nie było wtedy ani jednej karetki.
Rankiem 27 czerwca, około godziny 7.00, pożary poza rejonem zbiorników były już ugaszone. Paliły się nadal same zbiorniki. Do godziny 14.00 do Czechowic-Dziedzic przyjeżdżali kolejni strażacy z różnych części kraju, a także z Czechosłowacji.
Tego samego dnia około godziny 14.00 rozszczelnił się zbiornik 252. Płonąca ropa wypłynęła na tacę. Sztab dowodzenia nie zdecydował się jednak na natychmiastową akcję gaśniczą. Przyjęto taktykę oczekiwania, zakładając, że ropa w zbiornikach będzie musiała się wypalić.
28 czerwca około południa do Czechowic-Dziedzic przyjechał Jerzy Ziętek, przewodniczący Wojewódzkiej Rady Narodowej w Katowicach. To po jego interwencji sztab został zmuszony do przedstawienia planu działania. Wieczorem zapadła decyzja o rozpoczęciu właściwego natarcia gaśniczego następnego dnia.
29 czerwca o godzinie 1.20 doszło do kolejnego gwałtownego wypływu płonącej ropy ze zbiornika 252. Część strażaków ponownie wycofała się z zagrożonego miejsca, ale po około godzinie sytuację udało się opanować. O godzinie 15.00 wszystkie jednostki były gotowe do natarcia. Do godziny 17.00 pożar został ugaszony.
W kolejnych dwóch dniach ropa znajdująca się na tacy zbiornika 251 zapalała się jeszcze ponownie. Ogień nie rozprzestrzenił się już jednak na sąsiednie zbiorniki.


Akta IPN pokazują skalę zaniedbań. Śledztwo zakończyło się umorzeniem
Przebieg katastrofy można dziś odtworzyć między innymi dzięki dokumentom zgromadzonym w Oddziałowym Archiwum IPN w Katowicach. Zachowało się ponad 20 tomów akt wytworzonych przez różne służby w związku z pożarem. Pierwsze dokumenty powstawały jeszcze w czasie trwania akcji. W materiałach znajdują się również fotografie pokazujące działania strażaków oraz zniszczenia na terenie rafinerii.
Uderzenie pioruna było zdarzeniem losowym. Samo w sobie nie mogło zostać przewidziane. Inaczej wyglądała jednak kwestia przygotowania zakładu do pożaru i zabezpieczenia instalacji, w których przechowywano ogromne ilości ropy. Ustalenia po katastrofie wykazały, że system ochrony przeciwpożarowej miał poważne braki.
Na zbiornikach nie było wodnych urządzeń zraszaczowych. Urządzenia pianowe były przestarzałe i nie nadawały się do eksploatacji. Ich stan nie był tajemnicą, ponieważ już w maju 1971 roku strażacy przeprowadzali próby, które wykazały, że instalacje nie działają prawidłowo.
Problemem było także zaopatrzenie w wodę. Jedyne źródło znajdowało się w stawie kopalni „Silesia”. Rurociąg doprowadzający wodę był skorodowany, co w czasie tak dużej akcji gaśniczej miało ogromne znaczenie. Dojazd do zbiorników również był utrudniony. Drogi były nierówne i zastawione różnym sprzętem, co spowalniało działania ratowników.
Zastrzeżenia dotyczyły również stanu technicznego czterech stałych zbiorników oraz urządzeń znajdujących się przy nich. Już na etapie budowy obniżano wymagania techniczne. Później zaniedbywano konserwację. W momencie katastrofy wiele elementów infrastruktury nie zapewniało poziomu bezpieczeństwa, jakiego należało oczekiwać w zakładzie tego typu.
Akcję ratunkową dodatkowo utrudniały braki sprzętowe, problemy z łącznością i niepewne dowodzenie. W najtrudniejszym momencie, po nocnej eksplozji, służby nie miały pełnej kontroli nad sytuacją. Szczególnie wymowne pozostaje to, że rannych odwożono do szpitali przypadkowymi pojazdami, ponieważ przy rafinerii nie było karetek.
Straty materialne były ogromne. W środkach trwałych i ropie naftowej oszacowano je na około 60 milionów złotych. Do tego doliczono około 180 milionów złotych strat wynikających z niewykonanej produkcji.
Po katastrofie podjęto decyzje personalne. Z pracy zwolniono między innymi dyrektora zakładu, jego zastępcę do spraw technicznych, szefa produkcji, głównego mechanika, kierownika działu BHP oraz komendanta zawodowej straży pożarnej. Stanowiska stracili także główny inspektor ochrony przeciwpożarowej w Ministerstwie Przemysłu Chemicznego oraz dyrektor techniczny w Zjednoczeniu Przemysłu Rafinerii Nafty.
Nie oznaczało to jednak odpowiedzialności karnej. Śledztwo w sprawie pożaru zostało umorzone wobec niestwierdzenia przestępstwa. Rafinerię odbudowano szybko. Zakład przywrócono do pracy w ciągu kilku miesięcy od katastrofy.


źródło: IPN Katowice (na podstawie IPN Ka 014/787, t. 1–20, IPN Ka 093/299)



