DŁUGOŚĆ SZLAKU
16.3KM
SUMA WZNIESIEŃ
1018m
CZAS PRZEJSCIA
6:15h
TYP TRASY
Tam i z Powrotem
REGION
Beskid Żywiecki
SCHRONISKO
Nie
NAJWYŻSZY PUNKT
1725m.n.p.m.
TRUDNOŚĆ
★★★★☆
Babia Góra ze Słowacji: Slana Voda i wejście na Diablak
Jeśli Babia Góra kojarzy się głównie z wejściem od polskiej strony, to wariant ze Słowacji potrafi miło zaskoczyć. Start w Slanej Vodzie daje fajny „górski rozbieg”: najpierw spokojniej, potem coraz konkretniej, aż w końcu robi się prawdziwa gra o wysokość. To dobra opcja, kiedy chcesz wejść na królową Beskidów inaczej niż „wszyscy zawsze”, a przy okazji zobaczyć kilka miejsc, które mają swój charakter, nie tylko tabliczkę z nazwą.
Trasa jest do przejścia w jeden dzień i nie wymaga kombinowania z logistyką, bo wraca się tą samą drogą. W praktyce wychodzi około 16,3 km i mniej więcej 6 godzin i 15 minut marszu, więc w planie dnia jest i miejsce na podejście, i na krótki oddech w dobrych punktach po drodze.
Start w Slanej Vodzie: spokojny początek pod Babią
Zaczynamy w Slanej Vodzie, czyli w miejscu, które samo z siebie ma ciekawy „smaczek” — nazwa nie wzięła się znikąd. Okolica słynie z naturalnych źródeł słonej, jodowo-bromowej wody, a dawniej działało tu niewielkie uzdrowisko. Dziś to raczej spokojna baza pod wyjście w góry, ale świadomość, że pod butami kręci się historia wody, soli i kuracjuszy, dodaje startowi czegoś więcej niż tylko „parking i w las”.
Na początku najlepiej złapać rytm: nie szarpać, nie udowadniać niczego zegarkowi i potraktować ten odcinek jak rozgrzewkę. Szlak od razu wprowadza w leśny klimat, a Babia długo nie pokazuje całej swojej sylwetki — to akurat plus, bo podejście można rozłożyć na spokojne porcje. Warto też pamiętać, że to masyw graniczny, więc gdzieś w tle cały czas idzie się „na styku” dwóch światów: polskiego i słowackiego, choć las jest akurat bezstronny.
Przez Paseky i do Hájovnej Na Rovinách: rozgrzewka w lesie
Po drodze przewija się Paseky — taki etap, który porządkuje marsz: niby jeszcze nie „wysoko”, ale już czujesz, że to nie będzie spacer do sklepu po bułki. Trzymamy się kierunku, łapiemy tempo, a przy skrzyżowaniach pilnujemy oznaczeń, bo w tych rejonach szlaki potrafią się spotykać i rozchodzić jak znajomi na dworcu. To dobry moment, żeby sprawdzić, czy wszystko gra: sznurowadła, warstwy ubrań, woda — bo dalej robi się bardziej górsko.
Dochodzimy do miejsca o wdzięcznej nazwie Hájovňa Na Rovinách i tu wiele osób naturalnie zwalnia. Jest polana i jest przestrzeń, a to w tych stronach działa jak przycisk „odetchnij”. Sama hájovňa ma też kulturalny wątek: to okolica kojarzona z Pavolem Országhem Hviezdoslavem, a także z pisarzem Milo Urbanem — działa tu muzealna ekspozycja, więc można trafić na kawałek literackiej Orawy w samym środku wędrówki. Brzmi jak coś z kategorii „niespodzianka na szlaku”, ale w sumie czemu nie: Babia potrafi łączyć przyrodę z historią lepiej niż niejedna lekcja w szkole.
Wyżej robi się poważniej: podejście na grzbiet Babiej
Od tego momentu idziemy już po to, po co tu przyszliśmy — w stronę głównej kopuły Babiej Góry. Podejście stopniowo przypomina, że Babia to nie tylko najwyższy punkt Beskidów Zachodnich, ale też góra, która ma „tatrzański” charakter: wrażenie przestrzeni rośnie, teren potrafi być bardziej surowy, a las z czasem ustępuje temu, co wyżej. W tym masywie świetnie widać piętrowość roślinności — im wyżej, tym bardziej zmienia się świat dookoła, nawet jeśli nie zatrzymujesz się co pięć minut na oglądanie krzaczków (choć krzaczki potrafią być ambitne, serio).
Warto też pamiętać, że to obszar mocno chroniony — po polskiej stronie działa Babiogórski Park Narodowy, a cały masyw jest częścią rezerwatu biosfery UNESCO. To nie jest „ładny znaczek do folderu”, tylko realna informacja: przyroda jest tu traktowana poważnie, a Babia dzięki temu zachowała swój charakter. Góra jest też ważnym działem wodnym — w skrócie: wody z jej stoków rozchodzą się do różnych mórz, więc można powiedzieć, że stojąc tu, jesteś w dość strategicznym miejscu, nawet jeśli Twoją strategią na dziś jest po prostu dojść na szczyt i wrócić.
Diablak: 1725 m i wielkie panoramy
W końcu dochodzimy na Diablak, czyli najwyższy punkt Beskidu Żywieckiego — 1725 m n.p.m. Nazwa brzmi trochę jak zapowiedź kłopotów, ale w praktyce to po prostu szczyt, który robi wrażenie samą pozycją: samotny, wyraźnie dominujący nad okolicą. Babia Góra ma ten numer, że stoi trochę „osobno”, więc kiedy trafia się dobra widoczność, panorama zwykle jest szeroka i daleka. Często wypatruje się stąd Tatr, a przy bardzo przejrzystym powietrzu da się ogarnąć wzrokiem spory kawał Karpat i Beskidów.
To też miejsce, które zbiera ludzi z różnych stron — bo Diablak jest popularny zarówno od polskiej, jak i słowackiej strony. Nie trzeba tu specjalnej filozofii: stajesz, łapiesz chwilę, robisz zdjęcie (albo i trzy, bo przecież „to światło było inne”), i w głowie zostaje taka prosta myśl, że warto było się powspinać. A potem trzeba pamiętać o jednej rzeczy: szczyt to dopiero półmetek, nawet jeśli nogi próbują negocjować inną wersję wydarzeń.
Powrót tą samą drogą: ten sam szlak, inne tempo
Wracamy tą samą trasą, więc orientacyjnie wszystko jest już „znajome”, ale tempo zwykle się zmienia. Na zejściu łatwiej o moment dekoncentracji, bo człowiek myśli, że najtrudniejsze za nim, a tu nagle kamień pod butem postanawia mieć własne zdanie. Trzymamy się więc spokojnego kroku, pilnujemy kolan i nie śpieszymy się tylko dlatego, że meta wydaje się blisko. W tych górach cierpliwość bywa najbardziej praktycznym sprzętem, nawet jeśli nie ma jej na liście ekwipunku.
Hájovňa Na Rovinách po drodze powrotnej działa jak naturalny „przystanek reset”: znowu jest przestrzeń, znowu jest gdzie stanąć i złapać oddech. Potem zostaje już zejście przez znane odcinki w stronę Slanej Vody, a finisz ma ten przyjemny klimat, kiedy wracasz do miejsca startu z poczuciem domkniętej pętli — nawet jeśli formalnie to „tam i z powrotem”. I gdzieś pod koniec pojawia się myśl, że Babia od słowackiej strony to bardzo sensowny plan: bez kombinacji, a z konkretną górą w środku.
Dla kogo jest ta trasa?
Trudność tej pętli oceniam jako wysoką – nie dlatego, że po drodze trafiają się jakieś „akcje” techniczne, tylko przez samą skalę: długi odcinek do zrobienia i sporo wzniesień, które sumują się w porządną pracę dla nóg. To raczej nie jest najlepszy wybór na pierwszy raz w Beskidach, bo podejść jest dużo, a do tego dochodzi zwyczajnie spory kawał drogi, więc łatwo się zajechać, jeśli ktoś dopiero sprawdza, jak reaguje na dłuższe trasy. Sam marsz to ponad 6 godzin, a gdy doliczysz kilka postojów i przerwy na odpoczynek, spokojnie robi się z tego cały dzień w górach — taki z tych, po których człowiek jest zmęczony, ale wie, za co.
Mapa i GPX szlaku
GPX SZLAKU: TUTAJ
TRASA: Slana Voda – Babia Góra (Diablak) – Powrót tą sama trasą
Babia-Góra (Diablak) ze Słowacji – Slana Voda (FAQ)
Najwygodniej zostawić auto na parkingu przy Chacie Slaná Voda – to praktycznie „brama” na ten wariant podejścia. Na miejscu zwykle działa parking przy obiekcie i stamtąd najprościej wejść w szlak prowadzący w stronę Paseky i dalej na grzbiet Babiej. W sezonie może się trafić opłata (najczęściej kilka euro za dzień), więc warto mieć drobne.
To nie jest najlepsza propozycja na „pierwszą górską wycieczkę”, bo choć terenowo nie wymaga wspinaczki, to jest długa i męcząca kondycyjnie: około 16,3 km i suma podejść rzędu 1018 m, co daje mniej więcej 6 godzin 15 minut samego marszu (bez dłuższych przerw). Jeśli ktoś jest początkujący, ale ma dobrą kondycję i potrafi iść kilka godzin w równym tempie, da radę — tylko trzeba zaplanować cały dzień i startować wcześnie.
Dla rodzin tak, ale raczej dla takich, które mają już w nogach dłuższe górskie trasy — tu kluczowa jest długość i przewyższenie, a nie „trudne miejsca”. Z dziećmi, które lubią chodzić i nie mają problemu z całodniową wycieczką, ten wariant może być świetny, bo tempo da się rozłożyć, a po drodze jest naturalny przystanek na złapanie oddechu w rejonie Hájovňa Na Rovinách. Dla maluchów „do wózka” albo dzieci bez górskiego obycia ta trasa zwykle okaże się po prostu za długa.
Na samym szlaku w kierunku Diablaka nie ma schroniska po drodze, więc jedzenie i picie trzeba zabrać ze sobą. Jedyne sensowne zaplecze jest na starcie i mecie, czyli przy Chacie Slaná Voda, gdzie można ogarnąć bazę przed wyjściem albo po powrocie. W praktyce ten wariant to „wchodzę – zdobywam – wracam” bez schroniskowego przystanku w środku trasy.
Tak – podejście ze Slanej Vody jest jednym z tych wariantów, które ludzie realnie robią z psem, ale trzeba podejść do tego odpowiedzialnie. Trasa jest długa i ma duże przewyższenie, więc pies musi mieć kondycję, a Ty musisz mieć dla niego wodę i plan na zimno/upał. Na odcinkach bardziej otwartych i przy mijaniu innych turystów prowadź psa na smyczy, a przy gorszej pogodzie odpuść grzbiet, bo wiatr i oblodzenie potrafią zrobić się niebezpieczne.
Początek jest raczej leśny i spokojny, a „otwieranie panoram” przychodzi wyżej, kiedy podejście zaczyna wypychać na bardziej odsłonięte fragmenty masywu. Na Diablaku (1725 m) w dobrych warunkach dostajesz szeroką panoramę – często widać Tatry, a przez to, że Babia stoi dość samotnie, widok jest rozległy i „daleki”, bez zasłaniania przez pobliskie grzbiety. Ten wariant ma fajny efekt narastania: im bliżej kopuły szczytowej, tym bardziej robi się przestrzennie i surowo.
Najpewniejsze warunki są zwykle od późnej wiosny do jesieni — wtedy szlak jest najbardziej czytelny, a dzień dłuższy, co ma znaczenie przy wycieczce całodniowej. Na Babią warto wybierać dni stabilne, bo na Diablaku pogoda potrafi zmienić się szybko, a wiatr bywa mocny nawet wtedy, gdy w dolinach jest „spokojnie”. Jeśli chcesz widoki, celuj w poranki po przejściu frontu albo w jesienne, przejrzyste dni — a przed wyjściem sprawdź prognozę stricte dla wierzchołka, nie tylko dla okolicy.









