Są w Beskidach takie zakątki, do których nie wchodzi się jak do atrakcji turystycznej, tylko jak do opowieści. Najpierw jest droga: mokra trawa, ścieżka wciśnięta w las, oddech łapany w rytmie podejścia. Potem pojawia się hala – nie jako pocztówka, lecz jak oddech przestrzeni po długim, leśnym milczeniu. I wreszcie ono: schronisko, które nie udaje niczego więcej, niż jest. A jednocześnie potrafi zagrać na emocjach mocniej niż niejeden „punkt widokowy” z listy „must see”.
Schronisko na Hali Krupowej przyciąga ludzi, którzy chcą w górach czegoś prawdziwego: prostoty bez prostackości, gościnności bez komercyjnej maski, historii bez muzealnego zadęcia. Zanim jednak otworzy się drzwi do jadalni, zanim poczuje się ciepło pieca i zapach kuchni, to miejsce robi coś ważniejszego: uczy cierpliwości. Bo tu nie „wpada się na chwilę”. Tu się przychodzi – z własnym tempem, własną pogodą i własnym powodem.
Położenie, które potrafi zaskoczyć nawet stałych bywalców Beskidu Żywieckiego
Gdy ktoś mówi „schronisko na Hali Krupowej”, w wyobraźni od razu rysuje się szeroka, otwarta polana i budynek stojący w jej centrum. I tu pojawia się pierwszy, bardzo beskidzki paradoks: schronisko PTTK na Hali Krupowej, choć funkcjonuje pod tą nazwą od dekad, w sensie topograficznym… nie leży na samej Hali Krupowej. Źródła zgodnie podają, że obiekt stoi na polanie Sidzińskie Pasionki w Paśmie Policy w Beskidzie Żywieckim, na wysokości około 1152 m n.p.m.
Ta „pomyłka”, jak czasem mówi się o nazwie, nie jest jednak powodem do rozczarowania – raczej zaproszeniem do wejścia głębiej w lokalną geografię i górską pamięć. To okolica, w której przestrzeń nie układa się w proste kadry. Tu las i polany przeplatają się jak rozdziały w książce: raz idziesz w gęstwinie świerków, raz wychodzisz na prześwit, który odsłania grzbiety Policy i sąsiednie kulminacje. Hala i schronisko są jak przystanek w środku większej wędrówki – takiej, w której liczy się nie tylko cel, ale też to, co „pomiędzy”.
Ważne jest też, że schronisko na Hali Krupowej działa całorocznie i pozostaje jednym z kluczowych punktów wypadowych w tej części Beskidów. Dysponuje bazą noclegową, ma jadalnię i bufet, a w budynku mieści się również stacja GOPR, co podkreśla jego rolę nie tylko turystyczną, lecz także bezpieczeństwa w górach.

Historia schroniska: od przedwojennej idei do powrotu po wojennej ciszy
W schroniskach PTTK często czuć przeszłość, ale w tym miejscu historia nie jest tylko dekoracją. Pierwszy obiekt otwarto tu 16 grudnia 1935 roku z inicjatywy gminy Sidzina oraz oddziałów Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego w Jordanowie i Łodzi. Schronisko nosiło wówczas nazwę „Pod Policą”, a budową kierował prof. Kazimierz Sosnowski – postać zasłużona dla polskiej turystyki górskiej.
Potem przyszła wojna, a z nią wydarzenia, które w Beskidach do dziś odbijają się echem w opowieściach o partyzantach i obławach. 14 października 1944 roku schronisko zostało spalone przez hitlerowców. Dla miejsca, które żyje z ciągłości – z powracających wędrowców, z sezonów, z przyzwyczajeń – spalenie nie jest zwykłym „zniszczeniem budynku”. To przerwanie rytmu i wyrwanie kartki z kalendarza gór.
Odbudowa była już dziełem Polskiego Towarzystwa Turystyczno-Krajoznawczego; uroczyste otwarcie odbudowanego schroniska nastąpiło 9 października 1955 roku, a od tego roku obiekt nosi imię Kazimierza Sosnowskiego. W kolejnych dekadach schronisko stopniowo „unowocześniało się” w sposób typowy dla górskich placówek: prąd najpierw zapewniał agregat (w źródłach pojawia się rok 1967 jako moment doprowadzenia elektryczności z użyciem agregatu), a dopiero 25 października 2001 roku schronisko podłączono do linii wysokiego napięcia.
Są też w tej historii detale, które brzmią jak drobnostki, ale właśnie one budują „charakter” miejsca: opowieści o dawnych ograniczeniach logistycznych, o czasach, gdy zimą schronisko było bardziej samotną wyspą niż bezpiecznym portem. W rozmowach z gospodarzami przewija się pamięć o okresie, gdy prąd z agregatu był codziennością, a dojazd – luksusem nieoczywistym.

Ludzie Hali Krupowej: gospodarze, powracający wędrowcy i pamięć zapisywana w anegdotach
Schronisko na Hali Krupowej ma swoją listę gospodarzy, a w źródłach łatwo znaleźć nazwiska i lata, jak w kronice – ale prawdziwe życie tego miejsca zaczyna się dopiero wtedy, gdy nazwiska zamieniają się w twarze, głosy i zwyczaje. Z perspektywy współczesnej szczególnie często powraca postać Eugeniusza Ogrodowicza, związanego ze schroniskiem od 1991 roku. W wywiadach i relacjach pojawia się obraz gospodarza, który zna rytm tej góry lepiej niż niejeden przewodnik: wie, kiedy zaczyna się prawdziwy ruch, jak zmieniają się zimy, co oznacza nagła cisza w środku tygodnia i dlaczego schronisko „żyje” inaczej w lipcu, a inaczej w listopadzie.
To właśnie takie głosy budują najbardziej angażującą narrację o schronisku PTTK na Hali Krupowej. Z jednej strony mamy twarde dane: całoroczna działalność, miejsca noclegowe, jadalnia, bufet. Z drugiej – świat anegdot, który nie jest dodatkiem, tylko równoległą mapą terenu. Na stronie i w publikacjach związanych ze schroniskiem pojawia się choćby wątek „księgi rekordów” i historii zamówienia około 500 porcji bigosu na rajd PTTK sprzed lat – brzmi jak żart, ale jest jednocześnie opowieścią o skali dawnych zlotów i o tym, jak schronisko potrafiło stać się centrum wydarzenia większego niż sama hala.
W podobnym tonie wraca temat cyklicznych spotkań: w rozmowach pojawia się Zlot Turystów organizowany przez krakowski oddział PTTK, odbywający się tradycyjnie w pierwszą niedzielę października, który w 2023 roku miał już 68. edycję. To nie jest tylko „impreza”. To dowód, że schronisko na Hali Krupowej funkcjonuje jako miejsce wspólnotowe: węzłowe, rozpoznawalne, oswojone przez kolejne pokolenia piechurów.
Są wreszcie historie bardziej dzikie, jak te o spotkaniach z niedźwiedziem w okolicy – opowiadane bez sensacji, raczej jak element życia w sąsiedztwie lasu, który nigdy nie jest do końca „nasz”. I to też działa: bo nagle rozumiesz, że to schronisko nie jest scenografią; ono stoi na styku świata ludzi i świata przyrody, a granica między nimi bywa cienka jak ślad na świeżym śniegu.

Co oferuje schronisko na Hali Krupowej: konkret, atmosfera i ta ważna „zwyczajność”
W czasach, gdy wiele obiektów w górach kusi hasłami o „unikalnym klimacie”, schronisko PTTK na Hali Krupowej broni się czymś bardziej wiarygodnym: przewidywalną, górską solidnością. Zgodnie z opisami w źródłach schronisko dysponuje 38 miejscami noclegowymi w pokojach o różnej wielkości (pojawiają się konfiguracje 2-, 4-, 10- i 16-osobowe), a na miejscu działa bufet oraz jadalnia o pojemności około 30 osób. To liczby, ale za nimi stoi prosta prawda: w takim miejscu nocleg nie jest anonimowy. Nawet jeśli przychodzisz sam, w pewnym momencie stajesz się częścią wieczoru, w którym ktoś suszy rękawice przy kaloryferze, ktoś opowiada o trasie z Policy, a ktoś inny po prostu milczy, bo milczenie też jest tu pełnoprawnym gościem.
Ważnym elementem „oferty” schroniska jest kuchnia – nie jako atrakcja gastronomiczna w modnym sensie, ale jako doświadczenie, które po całym dniu marszu potrafi przywrócić świat do równowagi. W rozmowach z gospodarzami przewijają się konkretne smaki: pierogi z jagodami, drożdżówki z jagodami, naleśniki z serem, pierogi ruskie, chwalona szarlotka. To nie jest menu na pokaz. To raczej język schroniska: prosty, sezonowy, oparty o to, co da się przygotować w realiach górskiego zaplecza.
Na stronie schroniska pojawiają się także praktyczne informacje dla turystów dotyczące noclegów i zasad pobytu, w tym wzmianki o sposobach płatności czy regułach dla osób wędrujących z psem – i tu warto zachować ostrożność: takie zasady bywają aktualizowane, więc najlepiej weryfikować je przed wyjazdem bezpośrednio u gospodarzy. Ten detal jest zresztą symptomatyczny: schronisko na Hali Krupowej działa w realnym świecie pogody, sezonów i logistyki, a nie w świecie idealnych obietnic.
Jest jeszcze coś, czego nie da się zamknąć w opisie „warunków”: atmosfera miejsca. Ona wynika z położenia, z historii, z tego, że obok jadalni i pokoi noclegowych jest też górska codzienność – czasem trudna, czasem piękna, często wymagająca. I właśnie dlatego wrażenie po wizycie bywa tak trwałe: bo nie kupujesz tu „przeżycia”, tylko wchodzisz w rytm, który istniał na długo przed tobą.

Szlaki na Halę Krupową i wycieczki z okolic schroniska: Polica, Babia Góra w tle i drogi, które chce się powtarzać
Schronisko na Hali Krupowej jest punktem, do którego można dojść na kilka sposobów – i to jeden z powodów, dla których bywa wybierane zarówno przez rodziny szukające rozsądnej trasy, jak i przez długodystansowych wędrowców traktujących je jako etap. Przez okolice schroniska przebiegają znakowane szlaki, w tym czerwony Główny Szlak Beskidzki w odcinku od Policy, a także trasy prowadzące z rejonu Zawoi, Sidziny, Juszczyna czy Skawicy.
Jeśli ktoś szuka podejścia krótszego i wyraźnie „na schronisko”, często wybiera wariant z Sidziny, czas przejścia rzędu około 1 godziny 15 minut dla czarnego szlaku, przy umiarkowanym, ale wyraźnym podejściu. Z kolei dojście z Zawoi jest dłuższe i bardziej „pełne”, bo prowadzi przez beskidzką mozaikę polan i lasów, z charakterystycznym poczuciem, że schronisko nie jest „tuż za zakrętem”, tylko trzeba je sobie uczciwie wypracować.
Największym magnesem w okolicy pozostaje Polica – masyw, który w tej części Beskidu Żywieckiego gra rolę gospodarza terenu. Podejście na Policy od schroniska jest krótkie, co sprawia, że wiele osób planuje wędrówkę w układzie: schronisko na Hali Krupowej jako przystanek, Polica jako kulminacja dnia, a potem powrót na ciepły posiłek. W pogodny dzień dochodzą do tego panoramy i to specyficzne wrażenie, że Beskid Żywiecki potrafi być jednocześnie łagodny i surowy: łagodny linią grzbietów, surowy w tym, jak szybko potrafi zmienić warunki.
W opisach atrakcji i kontekstów regionu przewija się również motyw dawnych ścieżek handlowych i przemytniczych, w tym tzw. „tabakowej drogi”, która w lokalnych opowieściach funkcjonuje jako fragment górskiego pogranicza – tej mniej oficjalnej, bardziej „ludzkiej” historii Beskidów. To właśnie takie wątki sprawiają, że spacer z mapą nagle staje się czymś więcej niż aktywnością fizyczną: idziesz trasą, którą ktoś kiedyś wybierał nie dla widoku, tylko dla ryzyka i zarobku, dla konieczności i sprytu.
W samej przestrzeni schroniska też odnajduje się ślady pamięci. Na budynku znajdują się tablice pamiątkowe, między innymi poświęcone oddziałowi partyzanckiemu Armii Krajowej „Huta-Podgórze”, który działał w rejonie Policy i Babiej Góry, a także tablica przypominająca wizytę kardynała Karola Wojtyły we wrześniu 1978 roku, krótko przed konklawe. Dla jednych to będzie ciekawostka, dla innych – moment zatrzymania i uświadomienia sobie, że to, co dziś jest „weekendową trasą”, bywało kiedyś przestrzenią działań wojennych, przerzutów, ukrywania się i górskiej determinacji.
I kiedy już zejdziesz z grzbietu, kiedy wrócisz pod dach schroniska PTTK na Hali Krupowej, bardzo łatwo zrozumieć, dlaczego ludzie tu wracają. Nie chodzi tylko o to, że jest gdzie usiąść i zjeść coś ciepłego. Chodzi o ten szczególny rodzaj spokoju, który przychodzi dopiero po wysiłku, gdy przez okno jadalni widać, jak chmury przesuwają się nad lasem, a na ławce obok ktoś ostrożnie rozwiązuje przemoczone buty i mówi półgłosem, że „na Policy było dziś ostro, ale pięknie”. W takich chwilach schronisko na Hali Krupowej przestaje być obiektem na mapie, a staje się miejscem, w którym czujesz, że góry są czymś więcej niż tłem – są rozmową. I może właśnie dlatego, kiedy zapada wieczór, a w korytarzu słychać kroki kolejnych przychodzących z szlaku, człowiek łapie się na tym, że chce zostać jeszcze chwilę, dopić herbatę do końca i posłuchać, jak wiatr układa się w gałęziach za ścianą, bo za moment ktoś opowie historię o zimie, kiedy śnieg sięgał do okien, a drogę trzeba było torować od świtu, i wtedy widać, że to schronisko żyje nie tylko w sezonie, ale w każdej porze roku.







