...

Sportowe dziedzictwo, które pochłonął czas. Opowieść o beskidzkich skoczniach narciarskich, których już nie ma

Kiedy dziś myślimy o skokach narciarskich w Beskidach, przed oczami stają wielkie, żyjące obiekty – Skalite w Szczyrku czy Malinka w Wiśle. Tymczasem jeszcze kilkadziesiąt lat temu mapa skoczni w powiecie żywieckim i bielskim wyglądała jak gęsta konstelacja punktów: Żywiec, Rajcza, Zwardoń, Węgierska Górka, Bielsko-Biała, Szyndzielnia, Magurka, Bystra, Meszna… Większości z tych obiektów dziś już nie ma, zostały zaorane, zarosły lasem, ich progi rozpadły się w mokre spróchniałe bale albo dawno je rozebrano. Zostały nazwiska rekordzistów, wyblakłe fotografie, kilka betonowych resztek w lesie i wspomnienia starszych mieszkańców.

Żywiec – skocznia na Małym Grojcu, czyli „cyplu” między Sołą a Koszarawą

Mało kto, spacerując dziś po rejonie połączenia Soły i Koszarawy w Żywcu, zdaje sobie sprawę, że w latach 50. XX wieku był to jeden z najciekawszych punktów na narciarskiej mapie regionu. Na północnym stoku Małego Grojca, dokładnie tam, gdzie rzeki tworzą charakterystyczny „cypel”, stanęła po wojnie drewniana skocznia należąca do klubu Unia Czarni. Obiekt powstał na początku lat 50., a jego krótka, ale intensywna świetność przypadła na lata 1950–1955. Zeskok pozwalał na skoki rzędu 30 metrów, a oficjalny rekord wynosił 32 m.

Konstrukcja była w pełni drewniana, typowa dla tamtych czasów – bez igelitu, zależna całkowicie od kaprysów zimy. Według relacji zbieranych przez lokalnych pasjonatów, w dni zawodów okolica żyła jak podczas wielkiego jarmarku: widzowie stali na przeciwległych zboczach, ktoś sprzedawał herbatę i bułki, dzieci zjeżdżały na sankach po bokach zeskoku, a w klubowych barwach Czarnych Żywiec skakali lokalni bohaterowie. To była skocznia bardziej klubowa niż ogólnopolska, ale dla miasta – sprawa prestiżowa: symbol nowoczesności, sportowego zrywu po wojennej traumie.

Problemem okazało się to, co w przypadku małych, ubogich gmin powtarzało się jak refren: pieniądze. Drewniana konstrukcja szybko niszczała; z roku na rok zimy bywały kapryśne, a brak środków na remont sprawił, że podjęto decyzję o rozbiórce obiektu. Dziś na Małym Grojcu nie ma już wyraźnych śladów po skoczni – trzeba dużej wyobraźni (i czasem podpowiedzi starszych mieszkańców), żeby w ukształtowaniu terenu zobaczyć dawny najazd i wypłaszczony zeskok. Paradoksalnie to właśnie ulotność tego miejsca, z którego skocznia zniknęła niemal bez śladu, czyni je tak intrygującym: stoi się na zwykłej łące, a w głowie odtwarza się gwar zawodów, odliczanie startera i krótkie „pojechał!”.

Fot. skisprungschanzen.com / Wojciech Wieczorek

Rajcza – podwójna skocznia na Hutyrów i Rajdy Chłopskie z nagrodą… w postaci wieprzka

Jeśli Żywiec był bardziej miejskim, klubowym ośrodkiem skoków, to Rajcza stała się symbolem tego, jak ogromną siłę miała w Beskidach oddolna, ludowa inicjatywa sportowa. Na północno-wschodnim stoku góry Hutyrów, na granicy z Ujsołami, w latach 1950–1951 powstały dwie skocznie narciarskie, zbudowane w czynie społecznym przez lokalnych działaczy, leśników i nauczycieli. Inicjatorami byli m.in. inż. Tadeusz Sporek oraz kierownik miejscowej szkoły, Ludwik Kocoń.

W 1952 roku dokonano uroczystego otwarcia kompleksu i od razu rozegrano zawody o mistrzostwo Ludowych Zespołów Sportowych. Rok później znów zawitała tu czołówka LZS, a konkurs seniorów wygrał słynny Antoni Wieczorek, który skoczył 47,5 i 47 metrów, wyprzedzając Rudolfa Frosa i Stefana Przybyłę. Co ciekawe, te zawody uchwyciła Polska Kronika Filmowa – gdzieś w archiwach filmowych wciąż da się zobaczyć ciemne sylwetki skoczków lecących nad rajczańskim stokiem.

Fot. Fot. Repozytorium Cyfrowe Filmoteki Narodowej

Większa skocznia miała punkt konstrukcyjny szacowany na 50–55 m, a jej rekord wynosił według różnych źródeł około 52 m lub – w oficjalnych tabelach – 59 m, ustanowiony przez Kazimierza Maciejowskiego z Czarnych Żywiec. Mniejsza, treningowa skocznia pozwalała na skoki do około 30 m; rekord 33 m należał do Michała Zająca z LZS Rajcza.

Prawdziwy urok rajczańskich skoczni tkwi jednak w kontekście społeczno-kulturowym. Stały się one sercem słynnych Narciarskich Rajdów Chłopskich – imprezy, która miała integrować mieszkańców wsi, promować sport wśród rolników i wpisywać góralską energię w ogólnopolską mapę LZS. Nagrody dla najlepszych bywały bardzo „życiowe”: kupony na ubrania czy… żywy wieprz. Trudno o bardziej obrazowe połączenie świata sportu z codziennością powojennej wsi.

Niestety, również i tu historia potoczyła się znajomo: w 1963 roku oba obiekty zamknięto, a w latach 70. popadły w całkowitą ruinę. Do dziś na stoku Hutytowa można znaleźć resztki progu i zarysy zeskoku, ale całość zarosła gęstym lasem. Co ciekawe, w latach 90. i na początku XXI wieku kilkukrotnie wracał pomysł reaktywacji przynajmniej mniejszej skoczni – nawet Narodowy Program Rozwoju Skoków Narciarskich PZN przewidywał budowę nowego obiektu K30 w Rajczy, z budżetem 220 tys. zł. Ostatecznie nigdy do tego nie doszło.

Fot. Repozytorium Cyfrowe Filmoteki Narodowej

Zwardoń i Węgierska Górka – narciarskie stacje, których już nie widać

Beskidzkie skoki to nie tylko spektakularne zawody, ale też cała infrastruktura zimowej turystyki, która w okresie międzywojennym rozwijała się z rozmachem. W Zwardoniu, w latach 30., działała „zbiorowa stacja turystyczna” Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego, do której z Warszawy dojeżdżały specjalne „pociągi narciarskie”. W przewodniku „Zwardoń i okolica” wspomina się wprost o istniejącej tam skoczni narciarskiej, zlokalizowanej obok schroniska PTTK, powstałej m.in. dzięki zaangażowaniu Leopolda Mosera. Co więcej, planowano tam nawet budowę toru bobslejowego – projekt ostatecznie niezrealizowany, ale pokazujący, że Zwardoń miał szansę stać się „mini-St. Moritz” Żywiecczyzny.

fot. skisprungschanzen.com / Artur Bała

W Węgierskiej Górce z kolei funkcjonowała niewielka skocznia w rejonie dzisiejszego basenu. Lokalni działacze i byli trenerzy klubu Halny Węgierska Górka wspominają ją na archiwalnych fotografiach i w mediach społecznościowych – widać na nich klasyczny drewniany rozbieg, wbity w stromy stok ponad doliną Soły. Obiekt służył głównie jako skocznia treningowa dla młodzieży; dziś o jego istnieniu przypominają właściwie tylko wspomnienia i kilka kadrów z prywatnych albumów.

fot. Węgierska Górka na starej fotografii

Bielsko-Biała i powiat bielski – kiedy Cygański Las był małym Zakopanem

Przenosząc się z Żywiecczyzny w stronę Bielska-Białej, trafiamy do regionu, który bywa nazywany trzecim najważniejszym ośrodkiem narciarskim w Beskidach – zaraz po Wiśle i Szczyrku. Zanim jednak powstały nowoczesne obiekty w Malince czy przebudowany Skalite, bielskie okolice tętniły życiem na kilku mniejszych skoczniach. Dwie z nich przeszły do legendy: podwójna skocznia w Cygańskim Lesie oraz przedwojenny obiekt na Szyndzielni.

Cygański Las, dziś kojarzony z miejskim parkiem i willową zabudową, w pierwszej połowie XX wieku był rzeczywiście „centrum sportowym” Bielska. Na stokach Koziej Góry działał tor saneczkowy, trenowali tam lekkoatleci, a przy żółtym szlaku na Szyndzielnię zbudowano podwójną skocznię narciarską. Według opisów turystycznych były to dwie skocznie, które powstały w latach 30. XX wieku i służyły zarówno lokalnym zawodnikom, jak i gościom z innych krajów – na zeskoku bito rekordy także przez zagranicznych skoczków.

Artykuły historyczne poświęcone skokom narciarskim w Bielsku-Białej przywołują zdjęcia z Cygańskiego Lasu, na których widać drewniany rozbieg wciśnięty między świerki, licznie zgromadzoną publiczność i sylwetki skoczków w charakterystycznych, przedwojennych strojach. Po wojnie obiekt jeszcze przez jakiś czas funkcjonował, ale zmiany w sporcie, brak środków, a w końcu także presja zabudowy i innej rekreacji sprawiły, że został ostatecznie wyłączony z użytkowania. Dziś miejsce dawnego zeskoku jest zarośnięte, wykorzystuje się je m.in. jako naturalną widownię dla imprez plenerowych – do tego stopnia, że kilka lat temu część mieszkańców protestowała przeciw organizacji dużego koncertu „pod byłą skocznią narciarską”, argumentując, że to przestrzeń wymagająca szczególnego szacunku.

fot. skisprungschanzen.com / Artur Bała

Szyndzielnia – skocznia na Kamienickiej Płycie, dzieło niemieckich inżynierów

Jeszcze starszą historię ma skocznia na Szyndzielni. W 1923 roku, z inicjatywy niemieckiego towarzystwa Beskidenverein, w pobliżu schroniska na tzw. Kamitzer Platte (Kamienickiej Płycie) powstał nowoczesny jak na owe czasy obiekt, zaprojektowany przez inż. Schorscha. Kilka lat później skocznię przebudowano według projektu wybitnego specjalisty Seppa Bildsteina, dzięki czemu zyskała ona większe rozmiary i lepsze parametry zeskoku. Razem ze skocznią na Magurce Wilkowickiej tworzyła parę najważniejszych przedwojennych obiektów skokowych w okolicach Bielska.

Fotografie z epoki pokazują klasyczny, prosty rozbieg na drewnianych podporach i szeroki zeskok biegnący w dół leśnej polany, zakończony niewielkim wypłaszczeniem. Skocznia funkcjonowała jeszcze kilka lat po II wojnie światowej, ale ostatecznie zaniknęła – część konstrukcji rozebrano, resztę przejął las i erozja. Dziś tylko bardzo uważne oko, wspierane starymi mapami, potrafi wskazać miejsce, w którym lądowali skoczkowie; większość turystów, korzystających z kolejki gondolowej albo szlaków, przechodzi obok kompletnie nieświadomie.

fot. Beskidia.pl

Magurka Wilkowicka, Wilkowice i Meszna – małe skocznie, wielkie emocje

Wokół Bielska w okresie międzywojennym i krótko po wojnie działało kilka mniejszych skoczni, o których dziś wiemy zaledwie z pojedynczych artykułów i pasjonackich blogów. Na Magurce Wilkowickiej, nieopodal dawnego schroniska, mieszkający w Bielsku Niemcy założyli klub sportów zimowych i zbudowali niewielką skocznię narciarską, przy której funkcjonował także tor saneczkowy prowadzący aż do Straconki. W okresie II wojny światowej w rejonie szczytu Rogacza funkcjonowała kolejna mała skocznia – dziś o niej przypominają tylko wzmianki w leksykonie beskidzkich szczytów.

Fot. beskidia.pl / Wojciech Dudek

Wieś Wilkowice kryje zresztą więcej tajemnic skokowych: lokalny blog zapowiada osobny tekst poświęcony skoczni na tzw. Piaskach – obiekcie praktycznie nieznanym w szerszej literaturze, znanym głównie z opowieści najstarszych mieszkańców. Dla nich była to „ich” skocznia – miejsce pierwszych prób w powietrzu, często wykonywanych na nie do końca „regulaminowym” sprzęcie.

Jeszcze bardziej zagadkowa jest skocznia w Mesznej. Autor bloga „Skoczniolaz”, który eksploruje zapomniane obiekty skokowe, opisuje swoją wyprawę do tej wsi: wiedział, że skocznia istniała, bo wspominały o niej starsze osoby, ale w ogólnodostępnych źródłach nie ma o niej prawie żadnych informacji. W terenie widać ledwie zarysowany stok, jakieś nienaturalne wypłaszczenie, fragment nasypu – to wszystko. A jednak to właśnie takie miejsca, prawie całkowicie „zjedzone” przez las, budzą często największe emocje pasjonatów: są jak archeologiczne stanowiska, gdzie z kilku kamieni i nierówności trzeba odtworzyć cały obraz zawodów, krzyków kibiców i dźwięku wiązań zatrzaskiwanych na butach.

Dlaczego te skocznie zniknęły – i co po nich zostało?

Historia beskidzkich skoczni, które dziś już nie działają, układa się w dość powtarzalny scenariusz. Po pierwsze – zmiana skali sportu. Skoki narciarskie, z lokalnych, często półamatorskich zawodów, stały się w drugiej połowie XX wieku dyscypliną w dużej mierze scentralizowaną, wymagającą ogromnych inwestycji: igelitowych mat, systemów naśnieżania, sztucznego oświetlenia, homologacji FIS. Utrzymywanie kilkunastu małych obiektów w każdym powiecie stało się zwyczajnie nieopłacalne; lepiej było skoncentrować środki na kilku większych kompleksach, takich jak Skalite w Szczyrku czy skocznie w Wiśle.

Po drugie – kwestie własnościowe i urbanistyczne. Część skoczni stała na gruntach lasów państwowych lub klubów, które po reformach ustrojowych przechodziły restrukturyzację; inne znalazły się w strefie intensywnej zabudowy, gdzie priorytetem stały się drogi, domy i nowe formy rekreacji. Cygański Las przekształcił się w park miejski, Zwardoń stał się stacją tranzytową przy granicy, a okolice Małego Grojca rozwijają się dziś bardziej w kierunku rekreacji spacerowej niż wyczynu.

Po trzecie wreszcie – klimat. Stare, drewniane skocznie potrzebowały długich, śnieżnych zim. Tymczasem nawet w Beskidach coraz częściej sezon śnieżny jest krótki i niestabilny. Bez igelitu i naśnieżania trudno sobie dziś wyobrazić regularne treningi w styczniu, nie mówiąc już o marcu. Małe skocznie, które z definicji miały skromne budżety, nie mogły odpowiedzieć na te wyzwania.

A co zostało? Zadziwiająco dużo – choć nie zawsze w „twardej” postaci. W Rajczy do dziś można znaleźć kamienny próg większej skoczni, a cała historia obiektu została rzetelnie opracowana w publikacjach i wspomnieniach działaczy. Na Szyndzielni i Magurce ukształtowanie stoków wciąż sugeruje dawny zeskok i miejsce progu, choć trzeba wiedzieć, gdzie patrzeć. W Zwardoniu i Węgierskiej Górce pozostały fotografie, wspomnienia o pociągach narciarskich i opowieści o planowanych torach bobslejowych. W Cygańskim Lesie historia skoczni żyje już bardziej jako symbol – punkt odniesienia w dyskusjach o tym, jak korzystać z przestrzeni przyrodniczo-sportowej.

Skocznie jako pamięć miejsca – po co jeszcze do nich wracać?

Można zapytać: po co zajmować się obiektami, których już nie ma, skoro współczesny kibic przeżywa emocje przed telewizorem na widok Skalite czy Malinki? Odpowiedzi jest co najmniej kilka. Po pierwsze – to właśnie na takich małych, „prowincjonalnych” skoczniach rodziły się kariery zawodników, którzy później trafiali do większych ośrodków. Choć nazwisko Adama Małysza kojarzymy dziś z Wisłą, to cały system LZS-ów, klubów wiejskich i miejskich, jak Czarni Żywiec czy LZS Rajcza, tworzył szeroką bazę, bez której trudno byłoby mówić o polskich sukcesach w skokach narciarskich.

Po drugie – te skocznie są częścią lokalnej tożsamości. Dla wielu mieszkańców to fragment dzieciństwa: widok taty niosącego narty przez las do Cygańskiego Lasu, odgłos megafonu na zawodach w Rajczy, ślizganie się na zeskoku w Zwardoniu. Zanik fizycznej konstrukcji nie musi oznaczać końca pamięci; przeciwnie, często uruchamia potrzebę jej uporządkowania – stąd artykuły w lokalnych portalach, blogi eksploratorów i próby oznaczania miejsc po dawnych skoczniach tablicami.

Po trzecie wreszcie – opowieść o zaginionych skoczniach jest świetną lekcją historii regionu. Pokazuje, jak powstawały i znikały mody sportowe, jak działał system LZS, jaką rolę odgrywały niemieckie organizacje turystyczne w okresie międzywojennym, jak zmieniała się rola gór w życiu mieszkańców. To historia o ambicjach (tor bobslejowy w Zwardoniu!), o pragmatyzmie (nagrody w postaci wieprzka), o pasji (czyn społeczny w Rajczy), ale także o przemijaniu i o tym, że nawet największy zapał może przegrać z ekonomią, klimatem i wielką polityką.

Dziś, kiedy kolejny raz oglądamy konkurs na nowoczesnej, oświetlonej skoczni, warto na moment pomyśleć o tych wszystkich drewnianych najazdach, które kiedyś rozsiane były w beskidzkich dolinach między Żywcem a Bielskiem. O chłopcach i dziewczynach, którzy w grubych wełnianych swetrach i z wiązaniami przypinanymi skórzanymi paskami lecieli nad niewielkim zeskokiem – może tylko 20, 30 metrów, ale za to z poczuciem, że świat na chwilę zastyga, a oni naprawdę unoszą się w powietrzu. Bo to właśnie tam, na Małym Grojcu, na Hutytowie, na Magurce czy w Cygańskim Lesie, zaczęła się ta beskidzka bajka o skokach narciarskich, której efekt oglądamy dziś w telewizji.

- Reklama -

Podobne Artykuły

Beskid Żywiecki

Co kryją nazwy gór w Beskidzie Żywieckim? Zbójnickie i diabelskie historie

0
W Beskidzie Żywieckim nazwy gór często żyją w dwóch równoległych obiegach: w tym, który porządkuje mapę, i w tym, który porządkuje pamięć miejscową. Legendy...
diabelski kamień łodygowice

Diabelski Kamień koło Łodygowic: kamień, który „nie dotarł” na miejsce i...

0
Diabelski Kamień w okolicy Łodygowic to skała, która funkcjonuje jednocześnie jako realny punkt w terenie i jako „adres” dla kilku legend krążących po Żywiecczyźnie...
Malinowska Skała

Malinowska Skała: legendy o kogucim pianiu, niedokończonej pracy i kamieniu pozostawionym...

0
Malinowska Skała to miejsce, w którym warstwa geologii, dawne nazwy grzbietów i utrwalone w pamięci lokalne opowieści nakładają się na siebie wyjątkowo wyraźnie: z...
Szczyrk, Wisła czy Ustroń na ferie? Jedno miejsce wygrywa dla większości — sprawdź, które i dlaczego

Szczyrk, Wisła czy Ustroń na ferie? Jedno miejsce wygrywa dla większości...

0
Beskid Śląski ma trzy miejscowości, które regularnie trafiają na zimowe zestawienia: Szczyrk, Wisłę i Ustroń. Każda z nich daje inny zestaw atrakcji i inny...