Dziś, spacerując lub jadąc rowerem ścieżką biegnącą przez Mały Grojec w Żywcu, trudno uwierzyć, że to miejsce miało kiedyś sportową historię. Teren, który obecnie służy jako popularny trakt rekreacyjny dla biegaczy, rowerzystów i spacerowiczów, jeszcze w latach 50. XX wieku pełnił zupełnie inną rolę. To właśnie tutaj stała skocznia narciarska – drewniany obiekt, który przyciągał młodych pasjonatów sportów zimowych z całego regionu.
Choć po konstrukcji nie zostało już nic, a jej dawną lokalizację zajęła wygodna ścieżka, pamięć o obiekcie przetrwała w opowieściach mieszkańców i w lokalnych źródłach historycznych. Dzisiejsi użytkownicy rowerowego szlaku rzadko wiedzą, że jadą dokładnie tym miejscem, gdzie kiedyś odważni skoczkowie wykonywali próby lotów na dystansie ponad 30 metrów. W ten sposób sportowa przeszłość i rekreacyjna teraźniejszość łączą się tu w jedną, wyjątkową opowieść.
Lata świetności: narodziny i funkcjonowanie skoczni
Skocznia narciarska na Małym Grojcu została zbudowana około 1950 roku z inicjatywy działaczy PTTK i klubu sportowego „Unia Czarni” przy zakładach papierniczych Solali. Obiekt znajdował się na stromym stoku, w naturalnie atrakcyjnym miejscu – trzy rzeki, lasy, oraz charakterystyczny cyplisty kształt terenu. Konstrukcja była w większości drewniana – ówczesne realia wymuszały skromność, ale ambicje były ogromne.
Skocznia umożliwiała skoki na około 30 metrów, a jej rekord wynosił 32 metry. To imponujący wynik, zważywszy na amatorski charakter obiektu i brak pełnej specjalistycznej infrastruktury. Dla wielu młodych adeptów narciarstwa w Żywcu był to niezwykły punkt odniesienia — pierwsza skoczna próba swojego życia, bodziec do dalszego rozwoju, czasami także inspiracja do wielkiej kariery.

Ostatni zasięg i przyczyny dezaktualizacji
Dekada lat 50. była okresem intensywnego użytkowania obiektu – młodzież trenowała, odbywały się zawody czy lokalne spotkania sportowe. Niestety, skocznia nie miała szczęścia, bo była zbudowana z drewna, które źle znosiło wilgotność i zmienne warunki atmosferyczne. Drewniana konstrukcja zaczęła szybko niszczeć, a brak funduszy uniemożliwiał jej odpowiednią konserwację.
W efekcie, już w początkach lat 60. podjęto decyzję o rozebraniu skoczni. Dziś teren porośnięty jest lasem, a po obiekcie pozostało jedynie kilka reliktów w pamięci starszych miłośników lokalnej historii. To również przykład, jak wiele podobnych sportowych inicjatyw z czasów PRL-u musiało ustąpić realiom gospodarczym tamtych lat.
Relacje świadków: skoki nad rzeką i odwaga młodzieży
Wspomnienia lokalnych świadków zawierają barwne fragmenty opisu – Miron Kłusak wspomina, że rozbieg kończył się niemal pionowo, a po lądowaniu trzeba było uważać, by nie wpaść do którejś z rzek – Soły lub Koszarawy. Wymagana była ogromna odwaga — rzeki były lodowate, a lądowanie po skoku często kończyło się kontuzjami.
To nie były warunki dla amatorów w skafandrach – to były próby charakterów. Jednocześnie, obiekt był źródłem dumy. Młodzi skoczkowie z „Unii Czarnych” mogli poczuć sportowe emocje, zbliżyć się do świata, który wydawał się dostępny jedynie za sprawą wielkich ośrodków jak Zakopane. To historia małej lokalnej pasji i wielkich marzeń.
Dziedzictwo i rola lokalna
Choć skocznia zniknęła, jej duch pozostał w narracji miasta. Pokazuje, że nawet niewielkie ośrodki mogły mieć lokomotywę sportową. „Unia Czarni” przyczyniła się do rozwoju lokalnego sportu, a sam fakt powstania skoczni świadczy o determinacji ludzi, dla których sport miał znaczenie.
Dziś warto wspominać tę historię, zwłaszcza gdy doceniamy turystyczne i rekreacyjne walory Żywca. To także zachęta dla inicjatyw, które chcą opierać się na lokalnej spuściźnie i kreatywności.






