...
czwartek, 29 stycznia, 2026

Schronisko na Soszowie Wielkim – kultowe miejsce między Czantorią a Stożkiem, które trzeba poznać

W Beskidzie Śląskim są miejsca, do których wraca się nie dlatego, że „trzeba”, tylko dlatego, że człowiek ma na nie zwyczajną ochotę. Schronisko na Soszowie Wielkim jest właśnie takie: niby po drodze, a jednak na tyle „z boku świata”, że potrafi wyczyścić głowę lepiej niż niejedna długa wyprawa. Jest w nim ten rodzaj górskiej normalności, której dziś często szukamy: prosta gościnność, jedzenie, ciepło po zejściu ze szlaku i rozmowy, które zaczynają się niewinnie od pogody, a kończą na planach kolejnych wędrówek. I choć Soszów nie jest najwyższym szczytem w okolicy, to ma wyjątkowy talent do przyciągania ludzi, którzy lubią góry nie tylko „na zdjęciach”.

Schronisko na Soszowie
fot. Schronisko Soszów

Schronisko na Soszowie Wielkim – gdzie leży i co sprawia, że chce się tu być

Soszów Wielki ma 886 m n.p.m. i leży na grzbiecie Pasma Czantorii w Beskidzie Śląskim, bardzo blisko granicy polsko-czeskiej. To położenie jest kluczowe: jesteś jednocześnie w „górach właściwych”, ale wciąż na tyle blisko Wisły i Ustronia, że wycieczka może być i ambitną trasą, i sensownym pomysłem na krótszy wypad bez logistyki. W praktyce schronisko funkcjonuje jako wygodny przystanek na granicznym grzbiecie pomiędzy Czantorią a Stożkiem – dokładnie tam, gdzie ruch turystyczny jest naturalny, bo szlaki układają się w logiczne, widokowe przejście.

Samo schronisko stoi pod wierzchołkiem, w okolicy przełęczowego siodła między Wielkim i Małym Soszowem, zaledwie kilka metrów od granicy, na wysokości około 792 m n.p.m. To „około” nie jest unikaniem konkretu, tylko uczciwym oddaniem faktu, że w opisach terenowych ważniejszy bywa kontekst: jesteś na grzbiecie, a do szczytowej polany masz dosłownie kilka minut podejścia. To zresztą jedna z największych zalet Soszowa: nawet jeśli wchodzisz tu rekreacyjnie, możesz złapać górski klimat bez wielogodzinnej harówki, a jeśli idziesz dłuższą trasą, dostajesz wygodny punkt odpoczynku dokładnie wtedy, kiedy jest potrzebny.

Od „U Szwarnej Hanki” do współczesnego Soszowa – historia, która naprawdę się wydarzyła

Schronisko na Soszowie Wielkim jest jednym z tych beskidzkich obiektów, których historia nie brzmi jak marketingowy opis „z tradycjami”, tylko jak konkretna opowieść o ludziach i czasach. Zaczęło się w 1932 roku, kiedy Paweł Polok z Wisły wybudował tu prywatne schronisko z około 40 miejscami noclegowymi. W tamtych latach Beskid Śląski intensywnie „uczył się” turystyki zorganizowanej: powstawały szlaki, rozwijała się infrastruktura, a przygraniczne grzbiety były naturalnym magnesem dla wędrowców. Soszów idealnie wpisywał się w ten trend, bo leżał dokładnie na trasie, którą aż chce się przejść „z rozpędu” – grzbietem, z widokami, bez konieczności schodzenia w doliny.

Bardzo szybko schronisko zaczęło żyć także nazwą i reputacją. W przekazach i wspomnieniach pojawia się określenie „U Szwarnej Hanki” – od imienia Anny, córki Pawła Poloka, która później prowadziła obiekt razem z mężem, Janem Gajdzicą. To nie jest legenda w stylu „niewiadomo skąd”, tylko utrwalony lokalny przydomek, który przetrwał, bo dobrze oddawał charakter miejsca: rodzinny, gościnny, oparty na osobowości gospodarzy.

Wojna brutalnie poprzestawiała porządek w całych Beskidach i Soszów nie był wyjątkiem. Jan Gajdzica został wywieziony na roboty przymusowe, a w czasie jego nieobecności Niemcy wymusili na Annie dzierżawę obiektu na rzecz niemieckiej organizacji turystycznej Beskidenverein. Po wojnie schronisko zostało odzyskane i rozbudowane, a w drugiej połowie lat 40. działało jako stacja turystyczna związana z cieszyńskim środowiskiem Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego. W kolejnych dekadach obiekt funkcjonował w strukturach PTTK (często w opisach terenowych spotkasz tę nazwę), aż do końcówki lat 70., kiedy nastąpiła kolejna wyraźna zmiana.

Od 1979 roku schronisko przeszło w ręce prywatne – w wielu opracowaniach pojawia się nazwisko Murzynów jako gospodarzy, a później wątek dzierżawców, którzy nadawali miejscu własny styl. Najnowsza historia jest już bardzo dobrze udokumentowana: od 2016 roku schronisko prowadziła rodzina Płonków, a w 2025 roku ogłoszono przekazanie prowadzenia kolejnym gospodarzom, co wzbudziło spore emocje wśród stałych bywalców. To ważny detal, bo pokazuje, że Soszów nie jest „skansenem”: to żywe miejsce, które się zmienia, ale trzyma sens schroniska – ma być bezpieczną, normalną przystanią na trasie.

Schronisko na Soszowie
fot. Schronisko Soszów

Ciekawostki, opowieści i przygraniczne „smaczki” – Soszów ma więcej niż widoki

Jeśli schroniska mają swoje mity, to Soszów buduje je na dwóch mocnych fundamentach: osobowościach gospodarzy i samej granicy. Historia „U Szwarnej Hanki” działa jak soczewka: przypomina, że dawniej schronisko było przede wszystkim domem ludzi, którzy je prowadzili, a dopiero potem „obiektem turystycznym”. Dla jednych to po prostu sympatyczna anegdota o nazwie, dla innych – sygnał, że Soszów od początku miał twarz i charakter, a nie tylko łóżka i kuchnię.

Drugi wątek jest bardziej „filmowy”, choć mocno osadzony w realiach regionu: przygraniczne życie, w którym turystyka mieszała się z codziennością, a czasem także z przemytem. W rejonie Czantorii i granicznych grzbietów w okresie międzywojennym kwitła działalność przemytnicza – dziś opowiada się o niej na trasach tematycznych, a sam motyw stał się częścią lokalnej narracji o tym, jak wyglądało życie „na krawędzi państw”. Warto to traktować dokładnie tak, jak należy: nie jako romantyczną legendę, że „tu wszyscy byli przemytnikami”, tylko jako historyczny kontekst regionu, w którym granica była czymś realnym – ograniczeniem, ryzykiem, czasem źródłem zarobku i stałym elementem krajobrazu społecznego.

Są też „tajemnice” bardziej przyziemne, ale dla turysty często najciekawsze: skąd bierze się fenomen miejsc, które niby są łatwo dostępne, a jednak potrafią dać poczucie odcięcia? Soszów ma na to prostą odpowiedź – leży dokładnie tam, gdzie kończą się dolinne sprawy, a zaczyna rytm grzbietu. Wystarczy podejść te kilkaset metrów od strony Wisły Jawornika, minąć ostatnie zabudowania i nagle okazuje się, że rozmowy robią się spokojniejsze, tempo wolniejsze, a plan dnia przestaje być „godzinowy”. To nie magia, tylko topografia i dobrze poprowadzone szlaki, które naturalnie wyciągają ludzi na wysokość.

Co schronisko oferuje turystom – nocleg, jedzenie i ta specyficzna atmosfera „na grzbiecie”

Schronisko na Soszowie Wielkim działa w sposób, który doceni każdy, kto chodzi po górach regularnie: ma być prosto, wygodnie i po ludzku. Baza noclegowa bywa opisywana jako około 30–40 miejsc, zależnie od układu pokoi i aktualnej organizacji przestrzeni, przy czym najczęściej spotyka się pokoje kilkuosobowe w standardzie typowym dla schronisk. Doba noclegowa funkcjonuje w klasycznym, schroniskowym rytmie (popołudniowe zakwaterowanie i poranne wykwaterowanie), co jest praktyczne zarówno dla tych, którzy wchodzą później, jak i dla tych, którzy chcą ruszyć wcześnie na szlak.

Jeśli ktoś szuka „czegoś więcej” niż materac i herbata, Soszów zwykle broni się gastronomią i klimatem. W opisach przewija się pełna oferta jedzenia oraz śniadania serwowane w porannych godzinach, a kuchnia potrafi pracować do wieczora – co na grzbietowych trasach ma ogromne znaczenie, bo schodzisz zmęczony i ostatnie, czego chcesz, to kombinować z prowiantem. Schroniskowa jadalnia jest tu częścią doświadczenia: to miejsce, gdzie spotykają się ludzie z różnych kierunków, bo Soszów ściąga zarówno tych, którzy wyszli na krótką pętlę z Wisły, jak i tych, którzy idą dłuższą trasą grzbietem.

Warto też znać realia cenowe, bo w schroniskach potrafią się zmieniać sezonowo. W cenniku na 2026 rok pojawiają się konkretne stawki za nocleg dla dorosłych i dzieci oraz opłata za pościel, co sugeruje standardową schroniskową organizację: możesz przyjść „jak stoisz”, ale wygoda ma swoje zasady. I tu wraca ważny element Soszowa: to schronisko, które jest naprawdę używane, a nie tylko „oglądane”. Ruch na szlakach bywa spory, dlatego klimat tworzą nie dekoracje, tylko rotacja ludzi, plecaków, rozmów i tego krótkiego, przyjemnego poczucia wspólnoty, które powstaje, gdy wszyscy mają podobny cel: odpocząć i ruszyć dalej.

Schronisko na Soszowie
fot. Schronisko Soszów

Szlaki i pomysły na wycieczki – Soszów jako baza na Czantorię, Stożek i dalej

Gdyby opisać Soszów jednym zdaniem w języku praktycznym, brzmiałoby ono tak: to węzeł, który świetnie spina najprzyjemniejsze przejścia granicznego grzbietu. Przez Soszów Wielki biegnie Główny Szlak Beskidzki, a w okolicy schroniska krzyżują się szlaki prowadzące w stronę Wisły, Ustronia, Stożka i Czantorii. To oznacza, że można tu przyjść na kilka sposobów – i każdy z nich daje trochę inne wrażenia.

Najbardziej „codzienna” i lubiana przez wiele osób jest droga od strony Wisły Jawornika: stosunkowo krótka, sensowna na początek sezonu, dobra także dla rodzin, bo pozwala wejść w góry bez presji długiego dystansu. Z kolei podejście od strony Ustronia przez Czantorię i Przełęcz Beskidek układa się w klasyczną, grzbietową wędrówkę, w której Soszów jest nagrodą w idealnym momencie – wtedy, gdy nogi już czują trasę, ale dzień wciąż ma zapas godzin. Bardzo logiczne jest też przejście w kierunku Stożka, bo ten odcinek grzbietu daje satysfakcję ciągłości: idziesz „po górze”, a nie „do góry i z góry”, co w Beskidzie Śląskim bywa szczególnie przyjemne.

W samym Soszowie Wielkim jest jeszcze jeden mały haczyk, który działa na korzyść schroniska: szczyt jest blisko i warto na niego wyskoczyć nawet wtedy, gdy planujesz tylko posiłek. Odcinek podejścia od schroniska na wierzchołek jest krótki, a na górze czeka polana i lepsze „odkrycie” panoramy, zwłaszcza przy dobrej widoczności. To właśnie te drobne „bonusy” sprawiają, że Soszów działa jak magnes: wchodzisz z myślą „tylko na herbatę”, a kończysz z dodatkowym szczytem i pomysłem na kolejną pętlę.

Soszów przez cały rok – latem wędrówki, zimą narty, a między tym wszystkim zwykłe życie schroniska

Soszów Wielki nie jest sezonową ciekawostką. Latem schronisko żyje ruchem pieszym: od rodzinnych wejść po dłuższe przejścia Głównym Szlakiem Beskidzkim, który dla wielu osób zaczyna się w tym rejonie jako pierwsze poważniejsze „grzbietowe” doświadczenie w Beskidzie Śląskim. W cieplejszych miesiącach działa tu też ta specyficzna kultura „przystanku”: ludzie przychodzą, zostawiają plecaki przy ławie, zamawiają coś ciepłego, pytają o pogodę i o to, czy iść dalej na Stożek, czy odbić do Wisły.

Zimą Soszów zmienia akcent, bo okolica jest znana z infrastruktury narciarskiej na stokach, co przyciąga osoby, które w schronisku szukają równie mocno rozgrzewki i obiadu, jak noclegu. I nawet jeśli nie jesteś narciarzem, zimowy Soszów ma swój urok: graniczny grzbiet bywa przewiewny, ale trasy potrafią być bardzo „czytelne”, a schronisko daje wtedy dokładnie to, co powinno – bezpieczny, ciepły punkt, w którym odpoczywasz, zanim zdecydujesz, czy wracasz tą samą drogą, czy robisz pętlę w dół do doliny.

Na Soszowie dobrze widać jeszcze jedną rzecz, której nie da się podrobić: schronisko to nie hotel, tylko miejsce pracy i codziennych decyzji, które turysta zauważa dopiero wtedy, gdy zaczyna doceniać szczegóły. Dostawy, ogarnianie pogody, ogrzewanie, kuchnia, ciągły ruch na szlaku i to, że jedni przychodzą „na chwilę”, a inni lądują tu z planem na cały dzień. Może dlatego Soszów tak łatwo zapada w pamięć: nie udaje niczego więcej, a jednocześnie daje dokładnie to, czego w górach szuka się najczęściej – prosty komfort w środku beskidzkiej wędrówki, gdzie po wejściu do środka pierwszym odruchem jest zdjąć plecak, rozejrzeć się po jadalni i pomyśleć, że jeszcze chwilę można tu zostać, zanim znów wyjdzie się na czerwone znaki grzbietu.

Schronisko na Soszowie
fot. Schronisko Soszów
- Reklama -

Podobne Artykuły

schronisko PTTK Markowe Szczawiny

Schronisko na Markowych Szczawinach – miejsce, które wciąga jak dobra opowieść

0
Są w polskich górach takie punkty, do których człowiek wraca w myślach jeszcze długo po zejściu ze szlaku. Nie dlatego, że były „najładniejsze” na...
Bacówka PTTK na Rycerzowej

Bacówka na Rycerzowej – Schronisko z duszą na Hali Rycerzowej

0
Są w Beskidach miejsca, które nie muszą niczego udowadniać. Nie krzyczą banerami, nie kuszą rekordami, nie stawiają na „atrakcje” w rozumieniu folderów. A jednak...
Schronisko PTTK na Stożku

Schronisko PTTK na Stożku: 100 lat historii, herbaty i beskidzkich opowieści

0
W Beskidzie Śląskim są miejsca, które nie potrzebują wielkiej reklamy. Wystarczy, że raz wejdziesz na grzbiet, poczujesz zmianę powietrza i zobaczysz, jak las nagle...
schronisko górskie pttk rysianka

Schronisko Górskie Rysianka: serce Hali Rysianka i brama do beskidzkich panoram

0
W Beskidzie Żywieckim są miejsca, które poznaje się jak dobrą opowieść: najpierw niejasny zarys na horyzoncie, potem dźwięk wiatru na polanie, a na końcu...
Schronisko górskie pttk na wielkiej raczy

Schronisko PTTK na Wielkiej Raczy: historia, szlaki i klimat, który wciąga

0
Wielka Racza ma w sobie coś z granicy nie tylko na mapie, ale i w głowie: kończy się asfalt, zaczyna ścieżka; kończy się codzienność,...