Herbaciarnia na Kikuli to nazwa, która brzmi jak drobny epizod z beskidzkiej historii, a w rzeczywistości prowadzi do całkiem konkretnego rozdziału o tym, jak w latach międzywojennych zmieniało się podejście do gór, zimy i turystyki w Beskidzie Żywieckim. Nie był to duży obiekt ani słynne schronisko z rozbudowanym zapleczem, tylko mały, drewniany budynek na grzbietowym przejściu, który miał obsłużyć rosnący ruch narciarski i pieszy, a przy okazji zostawić po sobie legendę większą niż własne rozmiary.
Na granicy i na uboczu – czym była Kikula w geografii i wyobraźni regionu
Kikula leży w grupie Wielkiej Raczy i jest szczytem granicznym, osadzonym w długim grzbiecie oddzielającym zlewnie i porządkującym lokalną topografię. Wysokość szczytu podawana jest jako 1087 m n.p.m., a sama nazwa ma pochodzenie wołoskie, wiązane z określeniem zarośniętej, porośniętej góry. Ten szczegół jest istotny, bo pokazuje ciągłość nazewnictwa w Karpatach i to, jak dawne warstwy kulturowe „przylepiały się” do miejsc, które dziś kojarzą się głównie z siecią szlaków.
W krajobrazie regionu Kikula długo nie była celem samym w sobie w takim sensie jak większe, bardziej „widokowe” wierzchołki. Jej znaczenie wynikało bardziej z położenia: z faktu, że jest węzłem przejść na grzbiecie i naturalnym punktem pośrednim między miejscowościami po obu stronach granicy oraz między kolejnymi kulminacjami w paśmie. Takie miejsca, nawet jeśli same są zalesione i nie budują renomy panoramą, potrafią stać się ważne przez funkcję.
Właśnie ta funkcja sprawiła, że w pewnym momencie pojawiła się potrzeba stałego, choć niewielkiego zaplecza – miejsca, w którym można było zatrzymać się „po drodze” w sensie organizacji wędrówki lub narciarskiego przejścia. Herbaciarnia na Kikuli wyrosła więc nie z ambicji stworzenia atrakcji architektonicznej, tylko z logiki ruchu turystycznego na grzbiecie i z rosnącej mody na zimowe formy wypoczynku.
Lata 30. XX wieku – gdy narciarstwo zaczęło porządkować Beskidy
W pierwszej połowie lat 30. XX wieku w Beskidach wyraźnie widać było, że narciarstwo przestaje być sportową ciekawostką, a staje się zorganizowaną formą turystyki. Rosły inicjatywy klubowe, rozwijała się infrastruktura noclegowa i gastronomiczna, powstawały stacje narciarsko-turystyczne, które często korzystały z niewielkich budynków, izb wynajmowanych w domach lub skromnych obiektów na grzbietach. W tle działały organizacje, które próbowały ucywilizować zimową obecność w górach: opisać ją, skatalogować, ustandaryzować.
Herbaciarnia na Kikuli była właśnie takim elementem większego procesu. Została zbudowana jako małe, drewniane schronisko pod szczytem Kikuli, a w środku funkcjonowała stacja narciarsko-turystyczna Towarzystwa Krzewienia Narciarstwa. To osadza obiekt w konkretnym modelu działania: nie tylko schronisko jako „nocleg w górach”, ale punkt wspierający narciarskie wędrówki i zorganizowany ruch zimowy.
Sama nazwa „Herbaciarnia” jest tu znacząca kulturowo. W polskich górach międzywojnia istniała potrzeba miejsc, które oferowały coś więcej niż schronienie przed pogodą, ale jednocześnie nie udawały miejskich lokali. „Herbaciarnia” sugeruje skromną gościnność, ciepły napój, chwilę przerwy, a nie rozbudowaną restaurację. To język epoki: oswajanie gór przez proste, rozpoznawalne funkcje i przez atmosferę, która miała być bardziej „towarzyska” niż stricte noclegowa.

Mały drewniany budynek – architektura skromności i funkcja społeczna
Z punktu widzenia skali był to obiekt niewielki. W przekazach pojawia się informacja o pięciu miejscach noclegowych, co automatycznie stawia Herbaciarnię na Kikuli w kategorii miniaturowych schronisk – raczej górskiej chaty w służbie ruchu turystycznego niż pełnoprawnego, dużego schroniska. Takie budynki budowano z myślą o praktyczności, łatwości ogrzania, szybkości wzniesienia i dostosowaniu do warunków grzbietowych.
Drewno jako podstawowy materiał nie wynikało tylko z tradycji. W Beskidach to materiał „na miejscu”, znany wykonawcom, łatwiejszy logistycznie i dobrze wpisujący się w ówczesny model budownictwa schroniskowego. W kontekście międzywojennym ważne było także to, że małe obiekty mogły powstawać prywatnie lub pół-prywatnie, często w powiązaniu z lokalnymi gospodarzami, organizacjami i sezonowym ruchem narciarskim. Herbaciarnia na Kikuli jest opisywana jako obiekt prywatny, co pasuje do tej mozaiki inicjatyw.
Funkcja społeczna takiego miejsca bywała większa niż jego metraż. W górach, zwłaszcza zimą, punkt, w którym można było usiąść, napić się czegoś ciepłego i przeczekać gorsze warunki, stawał się naturalnym węzłem spotkań. Nawet jeśli docelowo narciarze i turyści szli dalej, to właśnie w takich małych schronieniach tworzyła się pamięć o trasach: krótkie rozmowy, notatki w głowie o przebiegu grzbietu, „umówione” miejsca przerw, przyzwyczajenia środowiska.
Wojna i powojenna luka – dlaczego znikają takie obiekty
Herbaciarnia na Kikuli przetrwała II wojnę światową, co samo w sobie nie było oczywiste dla górskich, drewnianych budynków. Jej sytuacja była jednak szczególna: teren graniczny i grzbietowe położenie sprawiały, że tego typu obiekty mogły być wykorzystywane przez formacje mundurowe, zmieniały się też zasady ruchu i własności. W relacjach pojawiają się wątki zajmowania budynków przez służby oraz powojennego niszczenia i rozkradania elementów wyposażenia, co było częstym losem infrastruktury turystycznej w wielu pasmach.
Kluczowe jest to, że po wojnie kończy się ciągłość instytucjonalna i własnościowa, która takie miejsca utrzymywała. Wcześniej istniały organizacje, sieci stacji i pewien model finansowania, choćby sezonowy. Po wojnie zmienił się nie tylko ustrój i gospodarka, ale też sposób zarządzania turystyką oraz priorytety inwestycyjne. Małe, prywatne obiekty o mikroskali, położone z dala od zabudowy, nie zawsze miały szansę na formalne „odrodzenie”.
W przypadku Herbaciarni na Kikuli przekazy podają, że jako działający obiekt pojawia się w literaturze turystycznej do około 1948 roku. Później przestaje funkcjonować i z czasem znika z krajobrazu, pozostawiając jedynie ślady w pamięci i w nazwie. Taki moment „urwania” jest charakterystyczny: nie ma głośnej historii przebudowy ani spektakularnego końca, jest raczej powolne wygaszanie, po którym zostają resztki fundamentów, lokalizacja na mapach i krótkie wzmianki w opracowaniach.
Nazwa, niemiecki trop i miejsce w pamięci beskidzkiej turystyki
Herbaciarnia na Kikuli ma też drugi, historyczny wymiar w samej nazwie, bo pojawia się niemieckie określenie Kikulabaude. To nie jest jedynie ciekawostka językowa, ale znak tego, jak pogranicze Beskidów Żywieckich i Śląskich funkcjonowało w wielu kręgach kulturowych: w nazewnictwie, w tradycjach turystycznych, w strukturach stowarzyszeń. W regionie, gdzie w pierwszej połowie XX wieku przenikały się wpływy i instytucje, wielojęzyczność nazw schronisk i obiektów była zjawiskiem częstym.
W pamięci turystycznej takie obiekty żyją często „na skróty”: jako punkt pośredni na starych trasach, jako wspomnienie narciarskich przejść, jako temat w regionalnych opracowaniach. Herbaciarnia na Kikuli nie miała czasu urosnąć do rangi symbolu na miarę dużych schronisk, ale zyskała status miejsca, które kiedyś istniało i które wyznaczało rytm wędrówki. To rodzaj dziedzictwa, które bywa niewidoczne w terenie, a jednak mocno obecne w narracji o historii gór.
Ważne jest także to, że Herbaciarnia na Kikuli wpisuje się w szerszą opowieść o tym, jak modernizacja turystyki w Beskidach nie polegała wyłącznie na budowie wielkich obiektów. Często robiły ją drobne punkty: małe schroniska, stacje narciarskie, prywatne chaty, które wspierały ruch w kluczowych miejscach. Gdy znikają, mapa nie przestaje działać, ale krajobraz kulturowy staje się uboższy o jeden element – taki, który był „ludzki” w skali i bardzo konkretny w funkcji.






