Skrzyczne jest górą, której „tajemnica” wyrasta nie z jednego sensacyjnego wątku, ale z kilku nakładających się opowieści: o nazwie, która brzmi jak trop, o wodzie, której dziś już nie widać, o dawnych śladach na grzbiecie i o wydarzeniach, które zostawiły po sobie luki w pamięci. To miejsce, gdzie konkret historyczny łatwo przechodzi w podanie, a podanie szybko obrasta szczegółami, bo góry sprzyjają dopowiadaniu tego, czego nikt nie widział „na własne oczy”, ale o czym wszyscy słyszeli.
Nazwa jako zagadka: skąd wzięło się „Skrzyczne” i dlaczego brzmi jak echo dawnego dźwięku
Wśród beskidzkich nazw ta jest wyjątkowo „słyszalna”. Nie opisuje kształtu, nie odwołuje się do rośliny ani do właściciela dóbr, tylko brzmi jak zapis odgłosu. W tradycji regionu od dawna funkcjonuje wyjaśnienie, że nazwa wiąże się ze „skrzeczeniem” żab, a w starszych wariantach pojawia się też forma „Skrzecznia” lub „Skrzeczne”, co jeszcze mocniej kieruje w stronę dźwięku.
Kluczowe jest to, że ta interpretacja nie żyje wyłącznie w folklorze przekazywanym ustnie, lecz ma oparcie w dawnym zapisie. W żywieckiej kronice z początku XVIII wieku pojawia się opis miejsca na grzbiecie, który ma formę krótkiej, rzeczowej notatki, a mimo to działa jak gotowy zaczyn legendy. W jednym z fragmentów zapisano między innymi: „…jezioro jedno na kształt stawu sitowiną zarosłe, gdzie czarna woda zawsze stoi…”, a dalej pojawia się wyjaśnienie, że żaby miały tam skrzeczeć tak głośno, iż było je słychać daleko pod wieczór.
Ten zapis jest ważny z dwóch powodów. Po pierwsze, wprowadza do opowieści konkret: nie „gdzieś” w górach, tylko na tej właśnie górze ma być zbiornik, w dodatku opisany cechami, które łatwo zapamiętać (sitowie, czarna woda, stały poziom). Po drugie, pokazuje mechanizm powstawania tajemnicy: jeśli źródło z epoki wspomina o czymś, czego dzisiaj nie ma, w naturalny sposób rodzi się pytanie, co właściwie zniknęło i dlaczego.
Zaginione jezioro między szczytami: staw, który miał być „zawsze pełny”, i ślad, którego nie da się już pokazać
Najmocniejszy wątek skrzyczeńskich podań dotyczy wody. Tradycja mówi o stawie lub jeziorze ulokowanym w zagłębieniu między Małym Skrzycznem a Skrzycznem, porośniętym roślinnością i zasiedlonym przez żaby. Wersje różnią się detalami, ale rdzeń jest stały: była woda, było sitowie, było donośne „skrzeczenie”, a potem to miejsce przestało istnieć w krajobrazie.
To, co czyni tę historię tajemniczą, to jej „niewygodna sprawdzalność”. W Beskidzie Śląskim nie ma dziś jeziora na grzbiecie Skrzycznego, więc opowieść nie może zostać potwierdzona prostym wskazaniem palcem. Jednocześnie sam motyw nie jest przypadkowy: góry potrafią tworzyć podmokłe niecki, okresowe oczka wodne i zabagnione zagłębienia, które w jednych warunkach wyglądają jak stały zbiornik, a w innych zanikają. W praktyce legenda mogła wyrastać z realnego miejsca, które później wyschło, zostało przekształcone albo po prostu przestało rzucać się w oczy.
Ważne jest też, że ten typ historii działa w Beskidach jak matryca. Skoro mogła zniknąć woda, mogły też zniknąć inne rzeczy: polany, ścieżki, prowizoryczne zabudowania, znane „od zawsze” punkty w terenie. W ten sposób jedno zniknięcie staje się wzorem dla kolejnych opowieści o zanikaniu, a Skrzyczne zaczyna funkcjonować jako góra „po czymś”, czyli miejsce, gdzie krajobraz nie jest ostatnią wersją, tylko efektem kolejnych zmian.

Diabelskie wątki i beskidzka logika podań: skąd biorą się historie o „robotach nocą” i niedokończonych planach
Tam, gdzie w legendzie pojawia się woda, bardzo często pojawia się też „ktoś”, kto tę wodę wykorzystuje albo próbuje ją ujarzmić. W skrzyczeńskich opowieściach krąży wątek diabelski: postać sprytnego diabła, który miał planować budowę młyna wysoko w górach, a po jego nieudanej próbie miała zostać jedynie „przekopa” albo ślad ingerencji w teren. To typowe dla folkloru karpackiego: diabeł nie jest tu abstrakcyjną figurą, tylko sprawcą konkretnych robót ziemnych, które mają tłumaczyć nietypowy element krajobrazu.
Taka legenda działa na dwóch poziomach. W warstwie fabularnej ma być ciekawie: jest plan, jest nocna praca, jest fiasko i pozostaje ślad. W warstwie głębszej to sposób wyjaśniania zagadek terenu, kiedy brakuje prostego, „urzędowego” opisu. Jeśli ktoś widzi w górach zagłębienie, rów, nienaturalne obniżenie albo ślad dawnej wody, łatwiej opowiedzieć o tym jako o konsekwencji czyjegoś działania niż jako o długim procesie geologicznym czy hydrologicznym.
To właśnie w takich momentach Skrzyczne nabiera cech góry „z narracją”. Każdy element, którego nie da się szybko nazwać, może dostać swoją opowieść: czasem o diable, czasem o zbójnikach, czasem o dawnych gospodarzach, którzy „wiedzieli więcej”. Z czasem historie zaczynają się mieszać: diabelski wątek może zahaczać o zaginioną wodę, a wątek wody może wracać przy etymologii nazwy. W rezultacie powstaje gęsta sieć podań, w której trudno wskazać „jedną prawdę”, ale łatwo rozpoznać stałe motywy.
Schronisko i epizody, które dorobiły się cienia: pożar, przebudowa i opowieści o nieufności sprzed wojny
Jeśli szukać na Skrzycznem historii, która jest twardo osadzona w datach, a jednocześnie zostawia miejsce na tajemnicę, to jest nią dzieje schroniska. W pierwszej połowie XX wieku na szczytowej polanie powstał obiekt, który szybko stał się centrum życia na grzbiecie. Wiadomo, że drewniane schronisko uruchomiono w 1933 roku, po wcześniejszym zakupie parceli. Ten moment jest przełomowy, bo odtąd góra przestaje być wyłącznie przestrzenią „wędrowania przez”, a staje się przestrzenią „zatrzymania się”, a więc i miejscem, gdzie gromadzą się opowieści.
W połowie lat 30. XX wieku schronisko spłonęło. W górskiej pamięci pożar zawsze pracuje jako wyraźna granica: oddziela „pierwsze” od „drugiego” i natychmiast uruchamia domysły, bo zniszczenie usuwa część materialnych śladów. Po pożarze rozpoczęto budowę większego obiektu, a to już samo w sobie tworzy pole dla narracji: zmienia się architektura, zmienia się skala, zmieniają się ludzie związani z miejscem. W opowieściach lokalnych taki moment bywa traktowany jak „przełączenie epoki”.
Najbardziej tajemnicza warstwa dotyczy atmosfery końcówki lat 30. i tego, jak łatwo w czasach napięć politycznych rodziły się podejrzenia. W regionalnych przekazach pojawiają się wątki oskarżeń, nieufności wobec gospodarzy i sensacyjnie brzmiące szczegóły, które mają uzasadniać plotkę. Tu nie chodzi o rozstrzygnięcie, co było prawdą, a co nakręconą opowieścią, tylko o mechanizm: schronisko na grzbiecie jest miejscem odosobnionym, gdzie informacja dociera z opóźnieniem, a wyobraźnia szybko wypełnia luki. W rezultacie obiekt zyskuje „cień” – opowieści, które krążą obok faktów, żyjąc własnym życiem.

Wojna, powojenne braki i „pamięć etapami”: jak z faktów robią się luki, a z luk rodzi się tajemnica
Okres wojenny i pierwsze lata po nim w Beskidach rzadko dają się opisać jednym, czystym ciągiem zdarzeń. Dominują przerwy, zniszczenia i doraźność, a to sprzyja powstawaniu „białych plam”. W przypadku schroniska wiadomo, że obiekt w jakimś stopniu ucierpiał, a po wojnie długo nie wracał do pełnej funkcjonalności. W relacjach powojennych pojawia się konkret etapowej odbudowy: pod koniec lat 40. wspomina się o stanie „prawie gotowym”, ale wciąż bardzo ograniczonym, a oficjalne otwarcie po odbudowie nastąpiło w czerwcu 1950 roku.
Tego typu daty są ważne, bo odzierają historię z mgły, ale jednocześnie pokazują, skąd bierze się tajemniczość. Jeśli odbudowa trwa latami, a obiekt w tym czasie działa częściowo, zmienia gospodarzy i przechodzi przez kolejne „wersje”, to każda generacja pamięta coś innego. Jedni pamiętają obiekt sprzed pożaru, inni tylko ten powojenny, jeszcze inni mówią o przebudowach, które dla nich są „od zawsze”. To wytwarza sytuację, w której nawet fakty, gdy są prawdziwe, brzmią jak opowieść, bo nikt nie ma w głowie całej sekwencji.
Właśnie dlatego Skrzyczne jest dobrym przykładem góry, gdzie tajemnica nie musi oznaczać sensacji. Czasem tajemnica to po prostu brak ciągłości: zniszczenie usuwa ślady, wojna miesza porządki, powojenne lata dopisują prowizorki, a późniejsze remonty wygładzają historię. Zostaje opowieść z kilku fragmentów, między którymi zawsze jest przestrzeń na domysł, wersję „zasłyszaną” i dopowiedzenie.

![[Wideo] Lodowe zasłony w Beskidzie Małym: Grota Komonieckiego i zimowy bonus przy potoku Dusica](https://beskidinfo.pl/wp-content/uploads/2026/02/616798890_1956317358570851_3951953697082896591_n-324x160.jpg)



